Przejdź do treści

Opublikowano: 24.03.2026 12:08

Wywiad z Profesorem Andrzejem Kraśniewskim

Obraz
Prof. Andrzej Kraśniewski

Prof. Andrzej Kraśniewski z Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej to ceniony dydaktyk i ekspert, który od lat działa na rzecz umiędzynarodowienia polskich uczelni. Rozwija programy studiów w języku angielskim, wprowadza innowacyjne formy kształcenia i promuje polskie szkolnictwo wyższe na świecie, za co był wielokrotnie nagradzany. Zapraszamy do lektury wywiadu, w którym opowiada o swojej drodze naukowej, doświadczeniach, wizji szkolnictwa wyższego i relacjach nauczyciel–student.

Droga naukowa

– Cofnijmy się do roku 1969. Jest Pan świeżo po maturze, z głową pełną pomysłów, zaczyna Pan studia na Politechnice Warszawskiej. Z jakimi wyobrażeniami i ambicjami wchodził Pan wtedy w świat akademicki? Czy miał Pan już w głowie konkretną wizję swojej przyszłej drogi zawodowej? Jakie miał Pan plany, marzenia?

– Szczerze mówiąc, to wybór i uczelni i kierunku był trochę przypadkowy. Ja nie byłem jakoś ściśle związany z pragnieniami bycia inżynierem. Interesowały mnie też inne obszary, np. chemia, geografia, ale jak już zdecydowałem, że idę na Politechnikę, to i wydział i kierunek – kończyłem studia na automatyce – to już był wybór świadomy i okazał się, z perspektywy dzisiejszej, bardzo trafny. Automatyka w tym czasie to była w istocie teoria systemów, która okazała się przydatna w wielu obszarach aktywności zawodowej. Spotkałem tam wybitne postaci, to był np. prof. Władysław Findeisen, który był wtedy dyrektorem instytutu, prof. Andrzej Wierzbicki, bardzo znana postać - twórca prognoz rozwoju kraju. Mogę powiedzieć, że wiedzę z zakresu teorii systemów wykorzystywałem w wielu obszarach. Powiem dość nieskromnie, ale ja jestem dość uniwersalną osobą, potrafię współdziałać i pracować w bardzo różnych obszarach, a teoria systemów rzeczywiście mi się przydała. Wybrałem ten jeden kierunek, a to były takie czasy, że studia naprawdę były trudne, więc studiowanie dwóch kierunków, co teraz jest dość popularną praktyką, w zasadzie nie wchodziło w rachubę, to były bardzo czasochłonne studia.   

– Patrząc na całe Pana życie naukowe – co okazało się największą pasją, a może nawet zaskoczeniem? Co najbardziej „wciągnęło” Pana w pracy naukowca?

– Tak się zastanawiam, czy ja rzeczywiście jestem naukowcem. Myślę, że nie do końca – mnie się naukowiec kojarzy trochę z czymś innym. Z całą pewnością mogę mówić o pracy czy działalności w środowisku akademickim, ale nie wiem czy słowo naukowiec akurat pasuje do tego, co dzisiaj robię. Natomiast jeśli mam powiedzieć, co mnie pociąga w pracy naukowca czy szerzej – w pracy w środowisku akademickim, to chyba różnorodność podejmowanych tematów i kontakty z bardzo różnymi ludźmi, nawiązywane zresztą przy różnych okazjach z ludźmi o szerokim spektrum zainteresowań, także oczywiście spoza środowiska akademickiego. 

– Notabene, mówiąc o tej różnorodności, to chyba miałem dużo szczęścia, że osiągnąłem stopnie i tytuł naukowy zanim naukę wtłoczono tak silnie w ramy dyscyplin. Nie wiem, czy ja bym dzisiaj spełnił jakiekolwiek wymagania w jakiejkolwiek dyscyplinie. Pracuję w Instytucie Telekomunikacji i Cyberbezpieczeństwa, ale studiowałem automatykę, doktorat faktycznie robiłem z telekomunikacji, habilitację – najbliżej tu byłaby chyba elektronika, może informatyka, w Stanach pracowałem z fizykami nad układami nadprzewodnikowymi. 

Wykorzystałem to doświadczenie w działalności edukacyjnej. Czuję się jedną z osób, które zainicjowały proces zakończony utworzeniem kierunku Inżynieria Internetu Rzeczy – to jest dokładnie ten kierunek, który łączy elektronikę – sensory, automatykę – elementy wykonawcze, sieć telekomunikacyjną, a informatyka obrabia te dane, które są zbierane. 

Działałem też w sektorze szkolnictwa wyższego i muszę powiedzieć, że naprawdę dużą satysfakcję sprawiła mi praca nad Polską Ramą Kwalifikacji. Pracowaliśmy w gronie: filozof, filolog, ekonomista, matematyk, ja i jeszcze jeden inżynier. To była prawdziwa frajda! Robiliśmy to w czasie wakacji, spotykaliśmy się raz na parę dni. Także moja działalność w KRASP stanowiła okazję do kontaktu z osobami o rozmaitych zainteresowaniach. Jak rektorzy się spotykają, ludzie z tak wielu różnych uczelni, opowiadający takie fascynujące opowieści z różnych obszarów: sztuki, nauk medycznych czy wielu innych – to aż przyjemnie posłuchać.

Współczesny student - to znaczy jaki?

– Ma Pan unikalną perspektywę kilku dekad. Jak bardzo zmienili się studenci Politechniki Warszawskiej – od czasów, gdy sam Pan studiował, do dziś? Co zmieniło się w ich podejściu do nauki, oczekiwaniach wobec uczelni i samych studiów?

– To jest oczywiście pochodna zmian w otoczeniu studiów. Za moich czasów raczej nikt na studiach nie pracował zawodowo. Owszem, studenci dorabiali, ale w zupełnie inny sposób – korepetycjami. Jedną z ciekawszych i dobrze płatnych form było sprzątanie przystanków tramwajowych. Wtedy były czasy, kiedy po studiach można było dostać skierowanie do pracy w konkretnej firmie. Dziś, jak porównamy, to jest zupełnie inna sytuacja. Większość studentów pracuje od pierwszych lat i to raczej blisko swojego zawodu. Na studiach drugiego stopnia pracują z niewielkimi wyjątkami wszyscy – tak po prostu jest. Znajomość świata, znajomość języków wśród studentów jest także zupełnie inna, rzadko się zdarza, że student nie ma jakiegoś doświadczenia międzynarodowego. Nie wspomnę już o tym, jaki wpływ ma rozwój technologii cyfrowych. 

– Już niebawem będziemy mieli do czynienia ze studentami, którzy urodzili się – można powiedzieć – ze smartfonem w ręku. To jest ogromna zmiana, trzeba inaczej na to patrzeć, inaczej ich uczyć. 

Myślę, że w czasach moich studiów studia były celem samym w sobie. Te studia naprawdę absorbowały, były bardzo czasochłonne i nie pozostawało dużo czasu na cokolwiek innego. Dzisiaj, jak myślę, studia są tylko jednym z elementów w układance życiowej młodego człowieka. Pewnie są też czymś mniej cennym – jednak w moich czasach studiowało mniej niż 10% populacji młodzieży. Studia były dobrem bardziej cenionym. 

– Przez lata pracował Pan blisko ze studentami. Co w tej relacji daje Panu największą satysfakcję? Co sprawia, że praca dydaktyczna wciąż jest dla Pana ważna?

Największą satysfakcję dają sukcesy byłych studentów. Można się tylko cieszyć, że coś takiego ma miejsce. Przyjemne są także różne wyrazy uznania, niewymuszonego – bo to o takie chodzi. Jak lata temu dostałem medal Politechniki, to cała grupa studentów przysłała mi mail z gratulacjami. Lubię pracować ze studentami. Sądzę, że robię nadal coś pożytecznego. Wbrew pozorom praca akademicka nie jest taka bezstresowa, więc dla mnie często prowadzenie zajęć jest właśnie tym odstresowującym komponentem w ciągu dnia. Idę na zajęcia i nagle nikt nie dzwoni, nie ma maili przychodzących, które wymuszają nerwową, szybką reakcję. Niektórych stresuje prowadzenie zajęć, a ja mogę powiedzieć, że wtedy odpoczywam. 

Obraz
Prof. Kraśniewski ze studentami - prezentacja projektów realizowanych wspólnie przez studentów WEiTI i WAPW

– A czego Pan nauczył się od studentów? Czy są momenty lub doświadczenia, które szczególnie zapadły Panu w pamięć?

– Nauczyłem się tego, w czym studenci są lepsi niż ja, na przykład rozmaitych trików w technikach cyfrowych i temu podobnych. Często ze studentami rozmawiam, przy czym ja się nie waham mówić, że czegoś nie wiem, nie umiem, bo nie ma osoby, która wszystko wie i wszystko umie. Może też nie tyle nauczyłem, co dowiedziałem – studenci jeżdżą po świecie, korzystają z Erasmusa i czasem z tego wyjazdu coś ciekawego przywiozą i się dzielą obserwacjami, co się dzieje w takiej czy innej uczelni. 

– Od studentów, jako zbiorowości, nauczyłem się jednej rzeczy – że to środowisko jest niezwykle zróżnicowane. To znaczy ich opinie, potrzeby, oczekiwania mogą być tak różne, że wyobrażenie o tym, jaki jest student, próby sformułowania uniwersalnego modelu studenta, są skazane na niepowodzenie. Studenci są niezwykle różni pod każdym względem. 

W środowisku studentów czuję się jakby trochę młodszy – to nie jest może coś, czego się nauczyłem, ale coś, co wyniosłem z kontaktów ze studentami. Jak się spotykam z moimi kolegami z klasy maturalnej, kończyłem liceum w Milanówku, to jednak widać, że ta praca na uczelni jest – powiedziałbym – „trzymająca przy życiu”.

Zmiany w myśleniu o całym systemie kształcenia

– Jest Pan znany i ceniony jako ekspert, który realnie wpłynął na sposób myślenia o dydaktyce i kształceniu w Polsce. Skąd wzięło się to zainteresowanie kształceniem jako systemem, a nie tylko codziennym prowadzeniem zajęć?

– Szczerze mówiąc, to właściwa odpowiedź brzmi: nie wiem. Człowiek nagle zaczyna się czymś interesować, prawda? Może to doświadczenia amerykańskie – w stosunkowo młodym wieku miałem okazję spędzić 2 lata na dobrym uniwersytecie amerykańskim, więc pewne inspiracje na pewno stąd się wzięły. Może też z tego generalnego nastawienia, żeby zrobić coś pożytecznego, bo widziałem, że można, na przykład uelastycznić proces kształcenia. 

–  Co było dla Pana impulsem, który skłonił Pana do zaangażowania się w reformy szkolnictwa wyższego, w tym prace nad wdrożeniem systemu bolońskiego? Co w ówczesnym systemie najbardziej domagało się zmiany? Czy teraz – z perspektywy czasu – jest coś, co dziś zrobiłby Pan inaczej?

– To było kilka elementów. Obserwacja tego, jak funkcjonuje system w innych krajach, zwłaszcza w Stanach. To, że zaczęliśmy w owym czasie obserwować już znaczny wzrost odsetka studentów podejmujących pracę – efekt transformacji ekonomicznej – którzy z powodu podjęcia pracy nie kończyli studiów. Były jednolite studia magisterskie, człowiek na trzecim roku podejmował pracę, wsiąkał w tę pracę i studiów nie kończył. Następna kwestia to troska czy niepewność dotycząca jakości dyplomu magisterskiego. Jak studenci są bardzo zróżnicowani, część z nich pracuje, to siłą rzeczy nie można dostosować wymagań do tej garstki najlepszych, bo też wylejemy dziecko z kąpielą. 

Deklarację bolońską podpisano w 1999 roku, studia dwustopniowe na naszym wydziale rozpoczęliśmy w 1994 roku. Byliśmy w pewnym sensie prekursorem. Osobowość prof. Jerzego Woźnickiego, który był wtedy dziekanem, potem rektorem, miała tu zasadniczy wpływ. On po prostu był na tyle zdeterminowany i uparty, że się udało. Później to on de facto pisał ustawę, która wprowadzała w naszym kraju system dwustopniowy. To nie było proste – przekonać studentów, żeby kończyli studia pierwszego stopnia, nie mając w istocie gwarancji, że będą mogli uzyskać dyplom magisterski, więc my w pewnym sensie stworzyliśmy im taką gwarancję. Na początku to była taka hybryda studiów dwustopniowych i jednolitych, a studenci z odpowiednią wysoką średnią mogli de facto kontynuować studia jednolite. Co ciekawe, w pewnym momencie duża część studentów mogła wybierać, czy studiować rzeczywiście dwustopniowo, czy tak trochę „udawać” te studia dwustopniowe. 10 lat zajęło, by większość studentów z własnej woli wybierała studia dwustopniowe. To był proces, po 10 latach wahadełko – można tak powiedzieć – się przechyliło i studenci sami uznali, że system dwustopniowy jest dla nich lepszy. 

Czy coś można było zrobić lepiej? Ja uważam, że to, co wtedy było zrobione, było rzeczywiście bardzo przyzwoite i książka, którą napisaliśmy w 1995 roku („Elastyczny system studiów dwustopniowych”, przyp.red.) dzisiaj może nadal służyć jako podstawowy podręcznik dla osób, które chcą wprowadzać sensowny system studiów. To, co mogliśmy zrobić lepiej, to być może zrobić to, co teraz stosujemy powszechnie, to znaczy włączyć studentów w projektowanie procesu kształcenia, bo to oni są jego głównymi interesariuszami. 

Reformy, w które Pan się angażował, dotyczyły całego szkolnictwa wyższego. Czy Pana zdaniem istnieje uniwersalny model dydaktyki, który sprawdzi się zarówno na kierunkach technicznych, jak i humanistycznych czy społecznych?

– W pewnym sensie tak. Kształcenie przez rozwiązywanie problemów i realizację projektów czy właściwie rozumiane kształcenie oparte na badaniach, jest dobre i dla inżynierii, i dla filologii. Tylko takie kształcenie też trzeba dobrze rozumieć i zorganizować. Wielu osobom wydaje się, że kształcenie oparte na badaniach polega na tym, że naukowiec opowiada studentom o tym, co bada. W istocie, kształcenie oparte na badaniach polega na tym, że to student robi badania. Nie naukę, ale badania – w tym rozumieniu jak „research” się różni od „science”.

Międzynarodowy punkt widzenia

Pracował Pan w zespołach międzynarodowych i dobrze zna różne systemy edukacji. Czym studia w Polsce różnią się dziś od studiowania np. w Niemczech czy USA? Czy różnice dotyczą bardziej studentów, struktury systemu czy metod nauczania?

Trudno w ogóle mówić o systemie amerykańskim. Tam uczelnie są bardzo zróżnicowane, mają duży poziom autonomii. 

– To, co jest charakterystyczne i ma to wpływ na różne kwestie, to jest to, że typowa uczelnia amerykańska jest w pełni interdyscyplinarna, to znaczy na jednym uniwersytecie jest wszystko: inżynieria, humanistyka i tak dalej. To ma wbrew pozorom kolosalne znaczenie, bo w pubie czy podczas lunchu na kampusie spotykają się przy jednym stoliku architekci, muzycy, inżynierowie, socjologowie i wielu innych. To naprawdę jest fajne. Powiedziałbym, że my tak trochę się kisimy w sosie uprawianej dziedziny nauki. 

W Niemczech jest system bardziej restrykcyjny, poza tym jest ustawodawstwo landowe. W każdym landzie kwestie prawne mogą być inaczej rozwiązane. Zapoznałem się z tym będąc członkiem Komitetu Sterującego w realizowanym przez European University Association projekcie Autonomy Scorecard. Wiem stąd także, że system szkolnictwa wyższego w Polsce, jeśli chodzi o poziom autonomii określonej przez przepisy prawa, jest systemem sprzyjającym uczelniom. Często to uczelnie same krępują sobie ruchy, jeśli mogę tak powiedzieć. Jedna kwestia to prawo, a drugie to jest sposób stosowania prawa. W Polsce jest tak, że pewne decyzje podejmują uczelnie, np. wybór rektora. W innych krajach np. w Norwegii, formalnie to minister mianuje rektora, jest jednak niemożliwe, żeby zrobił to bez konsultacji ze środowiskiem uczelni. Prawo a praktyka to czasami dwie różne rzeczy. 

Kolosalne znaczenie ma to, czy studia są płatne czy nie. To ma olbrzymi wpływ na to, w jaki sposób funkcjonują studenci. Ucząc w Stanach na uniwersytecie, gdzie studia były wysoko płatne, na wydziale Electrical Engineering spotykałem się na pierwszym roku ze studentami, którzy nie wiedzieli, co to jest prawo Ohma. Przypadkiem to wykryłem i mnie to zaciekawiło, więc zapytałem, skąd to się wzięło. Okazało się, że oni w odpowiedniku naszego liceum mają przedmiot science – jeśli w jego ramach wybrali fizykę, to wiedzą, co to jest prawo Ohma, ale jeśli wybrali chemię czy biologię, to tego nie wiedzą. I ci ludzie, którzy przyszli studiować Electrical Engineering, nie wiedząc, co to jest prawo Ohma, po 4 latach są naprawdę dobrymi inżynierami. Dlaczego? Bo płacą sporo za studia, siedzą nocami w laboratoriach, żeby te pieniądze okazały się dobrą inwestycją. Ta kwestia ma fundamentalne znaczenie, jeśli chodzi o podejście do studiowania. My ją trochę bagatelizujemy, jesteśmy przyzwyczajeni do europejskiego systemu, gdzie edukacja jest w większości za darmo. 

Czy są też różnice bardziej „organizacyjne”?

– Na przykład taka kwestia, duża różnica – prowadząc duży przedmiot w Stanach, miałem jako asystentów studentów – rok starszych od tych, których uczyłem, i to była faktycznie świetna pomoc. Pomagali w laboratorium, nawiązywali w oczywisty sposób bez żadnych oporów kontakt z rówieśnikami, sprawdzali się wyśmienicie. Nie wiem, dlaczego tego nie stosujemy powszechnie. I może jeszcze jedna różnica w porównaniu z systemem amerykańskim – sposób akredytacji. Tam, jak przyjeżdżał zespół akredytujący, to dokumentacja ich w zasadzie nie interesowała. To, co ich interesowało najbardziej, to prace studentów ocenione przez prowadzących i uwagi do prac, oczywiście też to, jakie to były zadania, bo tylko w ten sposób można ocenić efekty uczenia się. Czyli w centrum zainteresowania jest to, co jest oceniane i w jaki sposób jest oceniane. My troszeczkę już w tę stronę zmierzamy. 

Różnica jest też w poziomie umiędzynarodowienia – i w Niemczech i w Stanach jest dużo więcej studentów zagranicznych i dużo większy odsetek cudzoziemców w kadrze. W Polsce natomiast jest dużo większe zainteresowanie studiami technicznymi niż w tych krajach. To jest oczywiście pochodna sytuacji na rynku pracy. Po zachłyśnięciu się marketingiem czy biznesem w czasach po transformacji, jest powrót  do „twardych” zawodów.

Studia w zmieniającym się świecie

Wielu wykładowców mówi: „dziś studenci są inni”. Czy to faktyczna zmiana pokoleniowa, czy raczej zmiana świata, w którym funkcjonują uczelnie?

– Zmiana pokoleniowa wynikająca z tego, co się dzieje na zewnątrz. Studenci są inni, nie są gorsi, wbrew temu, co ludzie mówią, bo gdyby tak było, to byśmy wkrótce byli w epoce kamienia łupanego. Krótko mówiąc, rewolucja techniczna idzie olbrzymimi krokami. Nie dałoby się tego zrobić, gdyby coraz gorsi ludzie przychodzili na uczelnie techniczne. Oczywiście są inni – znają świat, korzystają z Erasmusa, posługują się sprawnie narzędziami, w tym narzędziami sztucznej inteligencji. Mają wyższe oczekiwania, w szczególności dotyczące proporcji zajęć. Tradycyjny wykład, który jest jednokierunkowym przekazem, jest dla nich dzisiaj bez sensu. Artykułują swoje oczekiwania w sposób bardziej wyraźny, nie są tak nieśmiali, są bardziej asertywni. Oczekują elastyczności, możliwości wyboru. Na autorytet, uznanie, krótko mówiąc, trzeba sobie zapracować.

Jak Pan widzi rolę nauczyciela akademickiego w czasach sztucznej inteligencji i powszechnego dostępu do wiedzy?

– Fundamentalnym problemem, z jakim się nauczyciel dzisiaj spotyka, może na studiach inżynierskich mniej niż na innych rodzajach studiów, to jest właściwa weryfikacja efektów uczenia się. Chodzi o to, żeby nie doprowadzić do sytuacji, kiedy narzędzie sztucznej inteligencji stosowane przez nauczyciela sprawdza efekt pracy sztucznej inteligencji – to znaczy efekt „wytworzony” przez studenta. To powinno istotnie zmieniać podejście do procesu kształcenia. Dużo ważniejsza jest analiza czy weryfikacja samego procesu uczenia się, sposobu dochodzenia do czegoś przez studenta, a nie „produktu” pracy studenta. Tutaj oczywiście pojawia się kwestia pracy dyplomowej w swej klasycznej postaci. Na inżynierii jeszcze względnie łatwo da się  zastąpić „klasyczną” pracę projektem, gorzej mają nauki humanistyczno-społeczne. Można sobie oczywiście wyobrazić egzaminy ustne, wiele osób mówi o tym, że warto wrócić do tej formy, czy sprawdziany ustne. Przy czym oczywiście żadne ograniczenia dotyczące możliwości korzystania z narzędzi sztucznej inteligencji nic tu nie przyniosą. 

–  Trzeba uczyć mądrego stosowania narzędzi sztucznej inteligencji, a nie zabraniać korzystania z niej. Trzeba uczyć też dokumentowania sposobu korzystania z narzędzi sztucznej inteligencji. 

Jeśli chodzi o rolę nauczyciela, to chyba coraz ważniejsza jest jakość, nawet kosztem ilości. Oczywiście w modelu kształcenia opartego na projektach, a nie przekazie jednostronnym na zajęciach. Mogę sobie łatwo wyobrazić, że godzin zajęć na uczelni w tygodniu będzie w kontakcie klasycznym 15. Zresztą to jest norma amerykańska. Tam tych twardych godzin kontaktowych jest mniej więcej 15–16 w tygodniu. Co nie znaczy, że student nie siedzi na uczelni 12 godzin dziennie – pracuje w laboratorium, w czytelni. 

Obraz
Prof. Andrzej Kraśniewski odbiera Nagrodę im. Stanisława Staszica, przyznaną za wybitne osiągnięcia dydaktyczne oraz innowacyjne działania na rzecz rozwoju kształcenia akademickiego

Gdyby miał Pan zaprojektować idealne zajęcia – takie, które naprawdę zostają studentom w głowie, a Pana satysfakcjonują od strony dydaktyka – jak by one wyglądały? Co jest w nich absolutnie kluczowe?

W inżynierii, choć nie tylko, myślę, że byłyby to zespołowe projekty z jakimś widzialnym, namacalnym efektem. To znaczy najlepiej jakby to nie był wyłącznie kawałek software’u, tylko od czasu do czasu mrugnęła jakaś lampka albo coś w tym rodzaju. Oczywiście dobrze byłoby, gdyby ten projekt miał osadzenie w praktyce, czyli nie był akademickim wymysłem na potrzeby przedmiotu, tylko wziął się z jakiejś realnej potrzeby. Na wspomnianym wcześniej kierunku Inżynieria Internetu Rzeczy, na drugim semestrze, prowadzący zaprosili leśników i studenci rozwiązywali autentyczny zgłoszony przez nich problem związany z monitorowaniem stanu lasu. 

– Oprócz tego, że wzięty z praktyki, to jeszcze dobrze, by projekt był otwarty, to znaczy taki, gdzie nie wiadomo, jakie rozwiązanie jest dobre, trzeba przeanalizować kilka wariantów, można pobłądzić. To jest bardzo ważne – trzeba dopuścić w procesie edukacyjnym możliwość błądzenia, czyli uczenia się na własnych błędach. 

Tak byłyby skonstruowane idealne zajęcia, tak ja sobie to wyobrażam. Wspomniana Inżynieria Internetu Rzeczy jest tutaj bardzo ciekawym przykładem, bo chyba jest unikatem w skali Polski. Na każdym semestrze, począwszy od pierwszego, jest duży zespołowy projekt za 12 lub odrobinę mniej punktów ECTS, czyli 40% wysiłku studenta jest w jednym przedmiocie w zespołowym projekcie. Tak się w Polsce nie kształci, więc to jest dużego kalibru eksperyment dydaktyczny, ale bliski tej koncepcji, o której mówię. 

Jaką jedną umiejętność – niezależnie od kierunku studiów – uczelnia powinna dziś rozwijać u studentów, jeśli ma ich dobrze przygotować do przyszłości?

– 10 lat temu bym nie miał żadnej wątpliwości i bym powiedział „umiejętność uczenia się”. Dziś – nie to, że to jest niej ważne, tylko równie ważne staje się, w kontekście sztucznej inteligencji – umiejętność krytycznego podejścia do źródeł. 

Coraz więcej będziemy korzystali w pracy z różnych źródeł. Umiejętność selekcji czy oceny wiarygodności i przydatności w tym natłoku informacji staje się absolutnie krytyczną umiejętnością. Co nie znaczy, że nie należy umieć się uczyć, ale też umieć wybrać źródło, z którego się uczymy. 

Patrząc w przyszłość: w jakim kierunku zmierza dydaktyka akademicka? Jak – Pana zdaniem – będą wyglądały studia, wykłady i relacja student–wykładowca za 20 lat?

– Mówienie dzisiaj, co będzie za 20 lat na uczelni to tak, jak byśmy z fusów wróżyli. Pamiętam jak we wczesnych latach ubiegłej dekady pojawiły się MOOC-i, czyli Massive Open Online Courses. Wieszczono wtedy powszechny upadek uczelni tradycyjnych – oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Tak samo jak świata nie zmieniło w taki radykalny sposób np. pojawienie się Wikipedii. Pamiętam też, jak 20 lat temu na telekomunikacji uczyliśmy studentów prognoz rozwoju telefonii stacjonarnej, ta liczba rosła i rosła. 20 lat to zapomnijmy, to nie ma sensu dzisiaj mówienie, jak ja sobie wyobrażam. 

Pewne trendy występują i wydaje mi się, że przez najbliższe kilka lat będą miały miejsce, jeśli chodzi o kształcenie. Na pewno dalsza indywidualizacja wspomagana narzędziami sztucznej inteligencji, jak analityka edukacyjna – ona rzeczywiście dobrze stosowana wspomaga i studenta i tych, którzy uczą tego studenta. Z całą pewnością bardziej elastyczny model uczenia się przez całe życie, z malejącą rolą studiów w tym modelu, a może inaczej – z rosnącą rolą alternatywnych form, takich jak na przykład mikroprogramy. Mam też szczerą nadzieję, że upowszechni się kształcenie czy edukacja odwrócona. Chodzi w nich o to, że materiały typu wykład są dostępne przed wykładem w sieci w postaci nagrania czy innych materiałów. Natomiast zajęcia na uczelni – dziś mające formę wykładu – mogą się odbyć nawet w formule nazwanej wykładem, ale miałby to być raczej dialog, sesja pytań i odpowiedzi, tłumaczenie krytycznych, trudnych treści. Być może kształcenie bardziej otwarte, w rozumieniu strukturalnie otwarte, nie wtłoczone w ramy wydziałów, a raczej prowadzone przez uczelnię czy konsorcja uczelni, jako coś, z czego student może korzystać. 

Relacje student – prowadzący przeniosą się trochę do cyberprzestrzeni, tego chyba akurat nie unikniemy. Nie będę spekulował na temat tego, co będzie następstwem upowszechnienia narzędzi sztucznej inteligencji, bo z całą pewnością te zmiany, o których mówiliśmy, w szczególności podejście do weryfikacji efektów uczenia się, muszą nastąpić. 

Gdyby miał Pan dziś dać jedną radę młodemu naukowcowi czy studentowi, który zaczyna swoją drogę naukową – na co powinien zwrócić największą uwagę?

– To jest ogólna rada, powtarzana także przez kolegę, który po doktoracie na PW kontynuował – z wieloma sukcesami – karierę w biznesie, a którego czasem zapraszam na zajęcia z pierwszym semestrem: „rób to, co Cię interesuje”. Jeśli studia, które podjąłeś, Cię nie interesują – zmieniaj studia jak najszybciej. Myślę, że to w równym stopniu dotyczy studiów, jak i kariery zawodowej. Mówiąc wprost: rób to, co Cię interesuje i przynosi satysfakcję, inaczej będziesz sfrustrowany. Druga rada, jakiej mógłbym udzielić, to „twórz sieć kontaktów, także międzynarodowych” – to naprawdę się przydaje. 

Podobne tematy: